E. spacerował ze Stasiem polną dróżką, wzdłuż której biegł niewzruszony mur, ten sam, o który E. dawno temu roztrzaskał sobie czaszkę. Dziś już nie miał zamiaru przebijać się na drugą stronę. Stasiu nie ukrywał, że lżej mu teraz, gdy wie, że jego podopieczny zmądrzał. O to starał się przez kilka miesięcy, aż w końcu dopiął swego. Nic jednak nie zmniejszyła się chęć zobaczenia, co jest po drugiej stronie. E. bardzo pragnął zaspokoić ciekawość i odwieść od tego pomysłu mogła go jedynie śmierć. Ale śmierci w pobliżu nie było, gdyż Stasiu czuwał, bo to jeszcze nie ten czas, by E. wybrał się na drugą stronę życia.
Nie zdając sobie sprawy z anielskiej gry o jego duszę, E. zabrał się z zapałem do toczenia pokaźnego kawałka pnia, który leżał w grupie identycznych, równo pociętych kloców po przeciwnej stronie drogi, pod małym zagajnikiem. Był oddalony jakieś sto metrów od muru, więc trochę zajęło jego przytaszczenie, ale wystarczyło kilka odpoczynków, by zaczerpnąć nieco powietrza, i udało się E. uporać z ciężarem. Był to gruby i w miarę solidny kawał pnia, więc E. postawił go pionowo przy murze i nie bojąc się o upadek, odważnie wszedł na niego. Stasiu cały czas asekurował swojego podopiecznego i on jeden najlepiej wie, że gdyby nie to, to E. skończyłby ze złamaniem jakiejś kończyny.
E. z niemałym wysiłkiem, chwiejąc się na, jak się okazało, wątpliwej podstawie pnia, złapał się dłońmi krawędzi muru. Podskoczył, żeby mieć możliwość się podciągnąć, co spowodowało, że pień się przewrócił. Wisząc tak przez kilka sekund, nim palce odmówiły posłuszeństwa w dźwiganiu całego ciała E., zdążył zobaczyć świat za murem. I doznał szoku - był zwyczajny. Zielona trawa, gdzieniegdzie rosło drzewo, kilka kwiatków i parę pomniejszych krzewów. Nie wiadomo, zastanawiał się E., po co ktoś miałby taką przeszkodę stawiać. Spadł na równe nogi, bardziej rozczarowany niż usatysfakcjonowany. Od tamtej pory już nie chciał przechodzić na drugą stronę muru.
Nie zdając sobie sprawy z anielskiej gry o jego duszę, E. zabrał się z zapałem do toczenia pokaźnego kawałka pnia, który leżał w grupie identycznych, równo pociętych kloców po przeciwnej stronie drogi, pod małym zagajnikiem. Był oddalony jakieś sto metrów od muru, więc trochę zajęło jego przytaszczenie, ale wystarczyło kilka odpoczynków, by zaczerpnąć nieco powietrza, i udało się E. uporać z ciężarem. Był to gruby i w miarę solidny kawał pnia, więc E. postawił go pionowo przy murze i nie bojąc się o upadek, odważnie wszedł na niego. Stasiu cały czas asekurował swojego podopiecznego i on jeden najlepiej wie, że gdyby nie to, to E. skończyłby ze złamaniem jakiejś kończyny.
E. z niemałym wysiłkiem, chwiejąc się na, jak się okazało, wątpliwej podstawie pnia, złapał się dłońmi krawędzi muru. Podskoczył, żeby mieć możliwość się podciągnąć, co spowodowało, że pień się przewrócił. Wisząc tak przez kilka sekund, nim palce odmówiły posłuszeństwa w dźwiganiu całego ciała E., zdążył zobaczyć świat za murem. I doznał szoku - był zwyczajny. Zielona trawa, gdzieniegdzie rosło drzewo, kilka kwiatków i parę pomniejszych krzewów. Nie wiadomo, zastanawiał się E., po co ktoś miałby taką przeszkodę stawiać. Spadł na równe nogi, bardziej rozczarowany niż usatysfakcjonowany. Od tamtej pory już nie chciał przechodzić na drugą stronę muru.

