Był środek nocy, kiedy E. leżał na wznak na swoim łóżku, niedbale przykryty kołdrą. Ciemny pokój zdawał się być wypełniony zastygłym i kojącym powietrzem, przez które przedzierało się światło bladego księżyca. Blask biegł do podłogi, gdzie o panele roztrzaskiwał się w bezgłośnym huku na wszystkie kąty uśpionego pokoju. Tam ginął. Wzrok E. po raz setny pobiegł za promieniami, bo swoją szarością przypomniały mu kolor oczu Anielicy.
Tamtego dnia była więcej niż cudna. Jej wielkie, zabarwione jakby mdłym popiołem oczy biegały szukając czegoś, na czym mogłyby się zatrzymać. Najczęściej sentymentalnie wybiegały za szybę, gdzie świat przesuwał się niczym kadry niemego filmu. E. siedział na przeciwko niej i mógł poczuć się tak, jakby Anielica patrzyła właśnie na niego, w odbiciu krzyżując swoje z jej spojrzeniem. Co jakiś czas spoglądał na nią, tę realną Anielicę (choć w przypadku Anielicy trudno mówić o realności). Miała bordowe krótkie włosy i pełne, piękne usta. Bardzo często się uśmiechała, bez powodu, co sprawiało, że E. z miejsca rozpoznał w niej Anielicę. Właśnie ten jeden szczegół przesądził.
A teraz jest noc, którą należy jakoś przeżyć i na to brakowało pomysłów. Sen nie chciał przyjść. Każde zamknięcie powiek wzmagało bicie serca, które otrzeźwiało lepiej niż kubeł lodowatej wody. Księżyc się powoli przesuwał, jakby celowo opóźniając swoją wędrówkę po mrocznej tafli nocnego nieba. Księżycu, ty samotny świadku rozterek E., masz kolor jej oczu. Zajdź czym prędzej, myślał E., bym mógł zasnąć bez poczucia, że Anielica mi się przygląda.
Tamtego dnia była więcej niż cudna. Jej wielkie, zabarwione jakby mdłym popiołem oczy biegały szukając czegoś, na czym mogłyby się zatrzymać. Najczęściej sentymentalnie wybiegały za szybę, gdzie świat przesuwał się niczym kadry niemego filmu. E. siedział na przeciwko niej i mógł poczuć się tak, jakby Anielica patrzyła właśnie na niego, w odbiciu krzyżując swoje z jej spojrzeniem. Co jakiś czas spoglądał na nią, tę realną Anielicę (choć w przypadku Anielicy trudno mówić o realności). Miała bordowe krótkie włosy i pełne, piękne usta. Bardzo często się uśmiechała, bez powodu, co sprawiało, że E. z miejsca rozpoznał w niej Anielicę. Właśnie ten jeden szczegół przesądził.
A teraz jest noc, którą należy jakoś przeżyć i na to brakowało pomysłów. Sen nie chciał przyjść. Każde zamknięcie powiek wzmagało bicie serca, które otrzeźwiało lepiej niż kubeł lodowatej wody. Księżyc się powoli przesuwał, jakby celowo opóźniając swoją wędrówkę po mrocznej tafli nocnego nieba. Księżycu, ty samotny świadku rozterek E., masz kolor jej oczu. Zajdź czym prędzej, myślał E., bym mógł zasnąć bez poczucia, że Anielica mi się przygląda.

