Odcinek 47. Ka mate!

Jesień, nie zważając na to, że już prawie lato, wdarła się niespodziewanie w życie E. Jesień była tylko znakiem, że coś się kończy. Niedługo nastanie zima, emocjonalna i psychiczna zima. E. czuł to bardziej niż namacalnie. Zamarznie serce i wyda z siebie głuche sople, które będą zwisać złowrogo nad duszą, przywiązaną u spodu i czekającą na to, aż pierwszy z lodowych pocisków oderwie się od serca i spadnie, wbijając swoje mroźne ostrze w bezbronną duszyczkę.

Do głosu - a głos ten dla E. był co najmniej ohydny - doszedł także demon południa, który wykorzystał nadarzającą się możliwość wprowadzenia zamętu do głowy, serca i duszy E. Acedia rozpoczęła się na dobre, w połowie wędrówki na szczyt świętości. A może to nie była nawet połowa. Na pewno nie była.

E. zawsze chciał odtańczyć hakę. Jako że jego organizm nie jest przystosowany do wykonywania tak skomplikowanych ruchów, E. musiał się zadowolić specjalną formą haki duchowej, którą opracował na swoje potrzeby. Ka mate, ka mate! Ka ora! Dla E. życie było walką na śmierć i życie, oczywistą i konieczną. Walczył głównie z demonami, bo świat, mimo mniejszych lub większych przyjemnostek, znajduje się w stanie permanentnej wojny. Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony...

Odcinek 46. Zaproszenie

Zapadły nieskażone dźwiękiem chwile ciszy. Jej oczy, radosne i na swój sposób roześmiane, spoglądały na przerażone źrenice E., które wysyłały sygnały nie tyle niezgody, co bolesnej bezradności. Spuścił wzrok, tak jak robią skazańcy po usłyszeniu wyroku, i zaczął w głowie budowę nowego świata, bo ten stary, przeżarty rdzą i strapiony czasem, zapadł się pod ziemię w mgnieniu oka.
- Nie zapraszaj mnie na swój ślub... - szepnął E., nie spoglądając w jej oczy.
- Dlaczego? - zapytała, nie domyślając się, o co chodzi. - Bardzo chcę, żebyś przyszedł.
- Ksiądz w pewnym momencie wypowie stałą i piękną formułkę: "Jeżeli ktoś ze zgromadzonych zna powód, który uniemożliwi połączenie tej dwójki świętym węzłem małżeńskim, niech powie to teraz albo zamilknie na wieki". Jeżeli nie chcesz, bym wtedy wstał i się odezwał, to nie zapraszaj mnie na swój ślub.
Znowu zapanowała cisza. Potem padły jeszcze jakieś słowa, ale ani ona nie chciała ich wypowiadać, ani on słuchać, więc to, co było dalej, nie miało już większego znaczenia. Jedyne rzeczy, które cokolwiek mogły znaczyć w tej chwili, zostały odsunięte. Nikt się nimi nie przejmował.

E. wrócił do domu później niż zwykle. Postanowił jeszcze wcześniej przejść się po mieście. Miasto usypiało, ale wydawało z siebie cichy gwar rozpromienionych lampami kawiarń i małych sklepików. Niewielkie kałuże, pozostałe po niedawnym deszczu, odbijały w sobie granatowe niebo z wolno posuwającymi się chmurami, które chcąc nie chcąc przyniosą kolejną porcję kapiącej wody. Gdzieś w oddali, za starymi, ponurymi budynkami otaczającymi rynek, nastąpiło nieśmiałe wyładowanie, które rozświetliło tamtą część nieba. Czas wracać do domu i zakończyć dzień, pomyślał E.

Odcinek 45. Wulgarny wylew myśli

E. miał chwilę wulgarnego wylewu myśli. Rzygał myślami:

Niewiele jest bardziej przykrych dla faceta wydarzeń od zostania wydymanym. Każdy unika tego jak ognia i większości wydaje się, że uniki wykonują skutecznie. Tacy, nie wiedząc o niczym, są najbardziej gwałceni. Rżnie ich demon, aż miło. Oni - słowo honoru, tak to wygląda w świecie transcendentnym - odwracają się tyłem i pochylają. Nikt ich nie zmusza - sami z siebie! Dają się pieprzyć ze wszystkich stron. A po wszystkim? Uśmiech, zadowolenie z wspięcia się na wyżyny męskości. A przecież, kolego jeden z drugim, zostałeś podstępem zwalony i się jeszcze z tego cieszysz? Jesteś zwykłą szmatą lub, co gorsze i śmieszniejsze, szmatą bez świadomości bycia szmatą. O, podstępny demonie...

Gdy już E. wyrzygał, co miał wyrzygać, spuścił wodę i wrócił chwiejnym krokiem do pokoju. Leżąc, skulił się w kłębek własnych marzeń i przygód jeszcze nie rozstrzygniętych. Bo widzisz, mówił, ty jesteś czysta, oni - brudni. Ty masz białą suknię, oni - upierdolone gnojem łapska. Ty wzlatujesz bezgłośnie w niebo, oni - podcinają ci anielskie skrzydełka. Wybacz mi te androny, komunały i powtarzające się w nieskończoność brednie, od których nawet mnie boli mózg, ale jako największy w dziejach literatury nikomu nie potrzebnej kabotyn mam prawo - mam prawo być banalny i złowróżbny. Mogę, bez żadnej odpowiedzialności ni pewności, rzucić w jakąkolwiek stronę jakikolwiek epitet i będzie mi wybaczone. Sam sobie wybaczę, wiesz? Dam rozgrzeszenie, w imię swoje, czyli nikogo takiego. Literatura nie znosi niepewnych.

A teraz Ty, Boże Jedyny, bo Ty jeden wiesz, że ja to taki wielki egoista zamknięty w zbyt wstrzemięźliwym ciele. Pamiętasz, mówił E. w górę, jak uroniłem łzę, niejedną, kiedy do Ciebie mówiłem - pierwszy raz mówiłem? A jak przysięgałem Mateczce, że już więcej nie dotknę tej butelki? Że od jutra do za tydzień nie będę pił. I potem dotknąłem, i potem się napiłem. Jak szmata ze świadomością bycia szmatą. Nasza Mamusia płakała, prawda? Spraw, żeby przestała, i spraw, żebym ja zamienił się w kogoś innego - nareszcie w siebie! Od dawna wyczekiwanego siebie. Bo jak nie, to...