Odcinek 63. Szare oczy Anielicy

Był środek nocy, kiedy E. leżał na wznak na swoim łóżku, niedbale przykryty kołdrą. Ciemny pokój zdawał się być wypełniony zastygłym i kojącym powietrzem, przez które przedzierało się światło bladego księżyca. Blask biegł do podłogi, gdzie o panele roztrzaskiwał się w bezgłośnym huku na wszystkie kąty uśpionego pokoju. Tam ginął. Wzrok E. po raz setny pobiegł za promieniami, bo swoją szarością przypomniały mu kolor oczu Anielicy.

Tamtego dnia była więcej niż cudna. Jej wielkie, zabarwione jakby mdłym popiołem oczy biegały szukając czegoś, na czym mogłyby się zatrzymać. Najczęściej sentymentalnie wybiegały za szybę, gdzie świat przesuwał się niczym kadry niemego filmu. E. siedział na przeciwko niej i mógł poczuć się tak, jakby Anielica patrzyła właśnie na niego, w odbiciu krzyżując swoje z jej spojrzeniem. Co jakiś czas spoglądał na nią, tę realną Anielicę (choć w przypadku Anielicy trudno mówić o realności). Miała bordowe krótkie włosy i pełne, piękne usta. Bardzo często się uśmiechała, bez powodu, co sprawiało, że E. z miejsca rozpoznał w niej Anielicę. Właśnie ten jeden szczegół przesądził.

A teraz jest noc, którą należy jakoś przeżyć i na to brakowało pomysłów. Sen nie chciał przyjść. Każde zamknięcie powiek wzmagało bicie serca, które otrzeźwiało lepiej niż kubeł lodowatej wody. Księżyc się powoli przesuwał, jakby celowo opóźniając swoją wędrówkę po mrocznej tafli nocnego nieba. Księżycu, ty samotny świadku rozterek E., masz kolor jej oczu. Zajdź czym prędzej, myślał E., bym mógł zasnąć bez poczucia, że Anielica mi się przygląda.

Odcinek 62. Płatki śniegu

Nadeszły mroźniejsze dni i anioły z mniejszą niż dotychczas ochotą przylatywały na ziemię. Ociągały się, jak tylko mogły, by jeszcze przez chwilę - choć "chwila" w Niebie inny ma wymiar niż u nas - ogrzać się przy obliczu Pana Boga. Stasiu jednak nie wymigiwał się od pracy, powtarzając sobie i kolegom, że najgorzej to i tak mają skrzydlaci opiekunowie Eskimosów. W porównaniu z nimi Europejczycy, nawet ci z północny, zdają się mieszkać w gorącej krainie. Tak właśnie się pocieszali.

W dodatku wiedziano, że Archanioł Michał nie znosi niesubordynacji i surowo karze wszelkie nieposłuszeństwo. Krążyły plotki o pewnym aniele stróżu, który nie mogąc przywyknąć do zimna ziemskiego, notorycznie zaniedbywał służbę. Spóźniał się z niesieniem pomocy, urywał się przed końcem roboty, byle tylko jak najwięcej czasu spędzać w ciepełku. Życzliwi donieśli, że lubił często wylegiwać się na saharyjskich piaskach. Kiedy Michał dowiedział się o poczynaniach podwładnego, natychmiast wezwał go do siebie.

Rozmowa, a właściwie monolog Michała trwał, jak zwykle, bardzo krótko (z Michałem nikt rozsądny nie będzie się kłócił, gdyż to oznaczałoby duchowe samobójstwo). Za karę niesforny anioł został skazany na pracę polegającą na wymyślaniu kształtów płatków śniegu. Każdy jeden musiał być niepowtarzalny pod tym względem. Nie wiadomo, czy ktoś to kontroluje - a jeżeli tak, to w jaki sposób? - ale kiedy tylko ktoś jakimś przypadkiem odkryje dwa identyczne płatki śniegu, czas odbywania kary przez anioła automatycznie się wydłuża o kolejny wiek ziemski.

Odcinek 61. Fiołki alpejskie

Autobus, jak zawsze o tej porze, był umiarkowanie wypełniony ludźmi. Jedni wracali z pracy, inni - ze szkoły. O tej porze nikomu nie chce się rozmawiać. Panuje milcząca i ponad głowami pasażerów zawiązana zgoda na cichą podróż do domu lub w miejsca przypominające dom. Ten czas E. postanowił wypełnić na wysłuchiwaniu szurania, które wydawały mijane na drugim pasie samochody. Byłby niewątpliwie odleciał w sen, jednak Stasiu, który siedział obok E. i którego E. oczywiście nie widział, robił wszystko, by do tego nie dopuścić.

Dopiero w połowie drogi, kiedy anioły zasunęły słońce firanami czerni, Stasiu odpuścił. Miał to zaplanowane. Musiał teraz ustąpić miejsca dziewczynie, która wsiadła do autobusu. E., siedzący w zahipnotyzowaniu światłami przemykającymi za oknem, o które był oparty skronią, nawet nie zauważył, że minął kolejny przystanek. Dziewczyna usiadłszy obok niego, na swoich kolanach położyła doniczkę, w której ciasno rozłożyły się zielono-czarne listki. Nad nimi górowały, na prostych jak szczudła łodyżkach, białe kwiatki fiołków alpejskich. E. w większości rzeczy dopatruje się anielskich odbić, więc od razu do głowy przyszło mu skojarzenie, że uniesione ku górze płatki stanowią skrzydełka, pod którymi muszą być jedyne w swoim rodzaju - śpiące bądź skulone ze strachu - anielątka.

Dziewczyna drżącymi dłońmi poprawiła listki. Dopilnowała, by żaden nadmiernie nie odstawał od reszty. Następnie odrzuciła w tył włosy i przez cały autobus przeleciał wiosenny, niby nadzieja na coś lepszego, zapach. E., z racji tego, iż siedział najbliżej, poczuł to jako pierwszy i podejrzewał, że jedyny, bo nikt poza nim nie zareagował. E. przekręcił dyskretnie głowę, udając, że wypatruje czegoś po przeciwnej stronie autobusu. Chciał zobaczyć, jak wygląda osoba roztaczająca ten absorbujący czar. W tym momencie dziewczyna również obróciła głowę i spojrzała na E. wzrokiem tak smutnym, że wydawało się, iż za chwilę wypuści z siebie łzy. E. poczuł, jakby ta dziewczyna potrafiła czytać w jego myślach. W okamgnieniu wzrok wlepił w szybę. Próbował przy tym uspokoić tempo bicia serca.