Odcinek 64. Druga strona muru

E. spacerował ze Stasiem polną dróżką, wzdłuż której biegł niewzruszony mur, ten sam, o który E. dawno temu roztrzaskał sobie czaszkę. Dziś już nie miał zamiaru przebijać się na drugą stronę. Stasiu nie ukrywał, że lżej mu teraz, gdy wie, że jego podopieczny zmądrzał. O to starał się przez kilka miesięcy, aż w końcu dopiął swego. Nic jednak nie zmniejszyła się chęć zobaczenia, co jest po drugiej stronie. E. bardzo pragnął zaspokoić ciekawość i odwieść od tego pomysłu mogła go jedynie śmierć. Ale śmierci w pobliżu nie było, gdyż Stasiu czuwał, bo to jeszcze nie ten czas, by E. wybrał się na drugą stronę życia.

Nie zdając sobie sprawy z anielskiej gry o jego duszę, E. zabrał się z zapałem do toczenia pokaźnego kawałka pnia, który leżał w grupie identycznych, równo pociętych kloców po przeciwnej stronie drogi, pod małym zagajnikiem. Był oddalony jakieś sto metrów od muru, więc trochę zajęło jego przytaszczenie, ale wystarczyło kilka odpoczynków, by zaczerpnąć nieco powietrza, i udało się E. uporać z ciężarem. Był to gruby i w miarę solidny kawał pnia, więc E. postawił go pionowo przy murze i nie bojąc się o upadek, odważnie wszedł na niego. Stasiu cały czas asekurował swojego podopiecznego i on jeden najlepiej wie, że gdyby nie to, to E. skończyłby ze złamaniem jakiejś kończyny.

E. z niemałym wysiłkiem, chwiejąc się na, jak się okazało, wątpliwej podstawie pnia, złapał się dłońmi krawędzi muru. Podskoczył, żeby mieć możliwość się podciągnąć, co spowodowało, że pień się przewrócił. Wisząc tak przez kilka sekund, nim palce odmówiły posłuszeństwa w dźwiganiu całego ciała E., zdążył zobaczyć świat za murem. I doznał szoku - był zwyczajny. Zielona trawa, gdzieniegdzie rosło drzewo, kilka kwiatków i parę pomniejszych krzewów. Nie wiadomo, zastanawiał się E., po co ktoś miałby taką przeszkodę stawiać. Spadł na równe nogi, bardziej rozczarowany niż usatysfakcjonowany. Od tamtej pory już nie chciał przechodzić na drugą stronę muru.

Odcinek 63. Szare oczy Anielicy

Był środek nocy, kiedy E. leżał na wznak na swoim łóżku, niedbale przykryty kołdrą. Ciemny pokój zdawał się być wypełniony zastygłym i kojącym powietrzem, przez które przedzierało się światło bladego księżyca. Blask biegł do podłogi, gdzie o panele roztrzaskiwał się w bezgłośnym huku na wszystkie kąty uśpionego pokoju. Tam ginął. Wzrok E. po raz setny pobiegł za promieniami, bo swoją szarością przypomniały mu kolor oczu Anielicy.

Tamtego dnia była więcej niż cudna. Jej wielkie, zabarwione jakby mdłym popiołem oczy biegały szukając czegoś, na czym mogłyby się zatrzymać. Najczęściej sentymentalnie wybiegały za szybę, gdzie świat przesuwał się niczym kadry niemego filmu. E. siedział na przeciwko niej i mógł poczuć się tak, jakby Anielica patrzyła właśnie na niego, w odbiciu krzyżując swoje z jej spojrzeniem. Co jakiś czas spoglądał na nią, tę realną Anielicę (choć w przypadku Anielicy trudno mówić o realności).

A teraz jest noc, którą należy jakoś przeżyć i na to brakowało pomysłów. Sen nie chciał przyjść. Każde zamknięcie powiek wzmagało bicie serca, które otrzeźwiało lepiej niż kubeł lodowatej wody. Księżyc się powoli przesuwał, jakby celowo opóźniając swoją wędrówkę po mrocznej tafli nocnego nieba. Księżycu, ty samotny świadku rozterek E., masz kolor jej oczu. Zajdź czym prędzej, myślał E., bym mógł zasnąć bez poczucia, że Anielica mi się przygląda.

Odcinek 62. Płatki śniegu

Nadeszły mroźniejsze dni i anioły z mniejszą niż dotychczas ochotą przylatywały na ziemię. Ociągały się, jak tylko mogły, by jeszcze przez chwilę - choć "chwila" w Niebie inny ma wymiar niż u nas - ogrzać się przy obliczu Pana Boga. Stasiu jednak nie wymigiwał się od pracy, powtarzając sobie i kolegom, że najgorzej to i tak mają skrzydlaci opiekunowie Eskimosów. W porównaniu z nimi Europejczycy, nawet ci z północny, zdają się mieszkać w gorącej krainie. Tak właśnie się pocieszali.

W dodatku wiedziano, że Archanioł Michał nie znosi niesubordynacji i surowo karze wszelkie nieposłuszeństwo. Krążyły plotki o pewnym aniele stróżu, który nie mogąc przywyknąć do zimna ziemskiego, notorycznie zaniedbywał służbę. Spóźniał się z niesieniem pomocy, urywał się przed końcem roboty, byle tylko jak najwięcej czasu spędzać w ciepełku. Życzliwi donieśli, że lubił często wylegiwać się na saharyjskich piaskach. Kiedy Michał dowiedział się o poczynaniach podwładnego, natychmiast wezwał go do siebie.

Rozmowa, a właściwie monolog Michała trwał, jak zwykle, bardzo krótko (z Michałem nikt rozsądny nie będzie się kłócił, gdyż to oznaczałoby duchowe samobójstwo). Za karę niesforny anioł został skazany na pracę polegającą na wymyślaniu kształtów płatków śniegu. Każdy jeden musiał być niepowtarzalny pod tym względem. Nie wiadomo, czy ktoś to kontroluje - a jeżeli tak, to w jaki sposób? - ale kiedy tylko ktoś jakimś przypadkiem odkryje dwa identyczne płatki śniegu, czas odbywania kary przez anioła automatycznie się wydłuża o kolejny wiek ziemski.

Odcinek 61. Fiołki alpejskie

Autobus, jak zawsze o tej porze, był umiarkowanie wypełniony ludźmi. Jedni wracali z pracy, inni - ze szkoły. O tej porze nikomu nie chce się rozmawiać. Panuje milcząca i ponad głowami pasażerów zawiązana zgoda na cichą podróż do domu lub w miejsca przypominające dom. Ten czas E. postanowił wypełnić na wysłuchiwaniu szurania, które wydawały mijane na drugim pasie samochody. Byłby niewątpliwie odleciał w sen, jednak Stasiu, który siedział obok E. i którego E. oczywiście nie widział, robił wszystko, by do tego nie dopuścić.

Dopiero w połowie drogi, kiedy anioły zasunęły słońce firanami czerni, Stasiu odpuścił. Miał to zaplanowane. Musiał teraz ustąpić miejsca dziewczynie, która wsiadła do autobusu. E., siedzący w zahipnotyzowaniu światłami przemykającymi za oknem, o które był oparty skronią, nawet nie zauważył, że minął kolejny przystanek. Dziewczyna usiadłszy obok niego, na swoich kolanach położyła doniczkę, w której ciasno rozłożyły się zielono-czarne listki. Nad nimi górowały, na prostych jak szczudła łodyżkach, białe kwiatki fiołków alpejskich. E. w większości rzeczy dopatruje się anielskich odbić, więc od razu do głowy przyszło mu skojarzenie, że uniesione ku górze płatki stanowią skrzydełka, pod którymi muszą być jedyne w swoim rodzaju - śpiące bądź skulone ze strachu - anielątka.

Dziewczyna drżącymi dłońmi poprawiła listki. Dopilnowała, by żaden nadmiernie nie odstawał od reszty. Następnie odrzuciła w tył włosy i przez cały autobus przeleciał wiosenny, niby nadzieja na coś lepszego, zapach. E., z racji tego, iż siedział najbliżej, poczuł to jako pierwszy i podejrzewał, że jedyny, bo nikt poza nim nie zareagował. E. przekręcił dyskretnie głowę, udając, że wypatruje czegoś po przeciwnej stronie autobusu. Chciał zobaczyć, jak wygląda osoba roztaczająca ten absorbujący czar. W tym momencie dziewczyna również obróciła głowę i spojrzała na E. wzrokiem tak smutnym, że wydawało się, iż za chwilę wypuści z siebie łzy. E. poczuł, jakby ta dziewczyna potrafiła czytać w jego myślach. W okamgnieniu wzrok wlepił w szybę. Próbował przy tym uspokoić tempo bicia serca.

Odcinek 60. Michał

Aniołowie stróżowie większość spraw załatwiają sami. Są na tyle potężni, że mogą, nie prosząc o pomoc nikogo, poradzić sobie ze zdecydowaną większością przeciwności, jakie stają na drodze duszy człowieka. Warunek jest tylko jeden - podopieczny anioła musi się na niego otworzyć. Najpierw musi uwierzyć, że ma przy sobie potężnego obrońcę i przewodnika, a następnie z pewną ufnością powierzyć się niebiańskiej sile. Nie zaszkodzą normalne rozmowy, pokorne prośby, znane i oklepane modlitwy oraz nadzwyczajnie proste akty strzeliste, szczególnie ponaglające aniołów stróżów w sytuacjach dramatycznych, gdzie liczą się sekundy i gdzie każda ziemska chwila cenniejsza jest niż wszystko inne. Dopóki człowiek nie zdaje sobie sprawy, że może liczyć na pomoc swojego osobistego anioła, dopóty anioł ten jest w pewnym sensie ograniczony.

Bywają jednak sytuacje, w których moc pojedynczego anioła stróża - nawet takiego, w którego się wierzy i do którego się modli - nie wystarcza. Szczególnie chodzi o bitwy o duszę. W życiu człowieka niejednokrotnie dochodzi do momentów zwrotnych, przemian, a czasami dramatycznych nawróceń. To właśnie wtedy w świecie transcendentnym, wokół człowieka, o którego duszę idzie, rozgrywa się iście epicka bitwa. E., tak jak każdy inny śmiertelnik, nie miał zielonego pojęcia, że jest oczkiem w głowie zastępów anielskich, o które trwa walka na wieczne zbawienie i potępienie. Jakakolwiek bitwa średniowieczna nie może się równać z tym, co dzieje się, gdy dochodzi do starcia Dobra i Zła. A wszystko dla nieświadomego niczego człowieka - każdego.

Bezpośrednim zwierzchnikiem Stasia, jak i całej rzeszy aniołów stróżów, jest Michał, Książę Aniołów, głównodowodzący hufców niebieskich. To z nim Staś przygotowuje plan potyczki oraz prosi o wsparcie w walce z trudniejszymi demonami. Michał niegdyś strącił do piekła Lucyfera i od tamtej pory bezustannie walczy w imię Boga, a jego przybycie budzi trwogę wśród sił piekielnych. Najpierw jest jak granat wybuchający w samym środku zbiegowiska obrzydliwych popleczników diabła, a później przechodzi jak tajfun, rozsypując w proszek i pył przeciwników. Potrafi być brutalny, ale zawsze i ponad wszystko - sprawiedliwy. Wola Boga jest dla niego drogowskazem. Stasiu bardzo dobrze wie, że jeżeli Michał się do czegoś zabierze, to nie ma mocnych.