Zapadły nieskażone dźwiękiem chwile ciszy. Jej oczy, radosne i na swój sposób roześmiane, spoglądały na przerażone źrenice E., które wysyłały sygnały nie tyle niezgody, co bolesnej bezradności. Spuścił wzrok, tak jak robią skazańcy po usłyszeniu wyroku, i zaczął w głowie budowę nowego świata, bo ten stary, przeżarty rdzą i strapiony czasem, zapadł się pod ziemię w mgnieniu oka.
- Nie zapraszaj mnie na swój ślub... - szepnął E., nie spoglądając w jej oczy.
- Dlaczego? - zapytała, nie domyślając się, o co chodzi. - Bardzo chcę, żebyś przyszedł.
- Ksiądz w pewnym momencie wypowie stałą i piękną formułkę: "Jeżeli ktoś ze zgromadzonych zna powód, który uniemożliwi połączenie tej dwójki świętym węzłem małżeńskim, niech powie to teraz albo zamilknie na wieki". Jeżeli nie chcesz, bym wtedy wstał i się odezwał, to nie zapraszaj mnie na swój ślub.
Znowu zapanowała cisza. Potem padły jeszcze jakieś słowa, ale ani ona nie chciała ich wypowiadać, ani on słuchać, więc to, co było dalej, nie miało już większego znaczenia. Jedyne rzeczy, które cokolwiek mogły znaczyć w tej chwili, zostały odsunięte. Nikt się nimi nie przejmował.
E. wrócił do domu później niż zwykle. Postanowił jeszcze wcześniej przejść się po mieście. Miasto usypiało, ale wydawało z siebie cichy gwar rozpromienionych lampami kawiarń i małych sklepików. Niewielkie kałuże, pozostałe po niedawnym deszczu, odbijały w sobie granatowe niebo z wolno posuwającymi się chmurami, które chcąc nie chcąc przyniosą kolejną porcję kapiącej wody. Gdzieś w oddali, za starymi, ponurymi budynkami otaczającymi rynek, nastąpiło nieśmiałe wyładowanie, które rozświetliło tamtą część nieba. Czas wracać do domu i zakończyć dzień, pomyślał E.
- Nie zapraszaj mnie na swój ślub... - szepnął E., nie spoglądając w jej oczy.
- Dlaczego? - zapytała, nie domyślając się, o co chodzi. - Bardzo chcę, żebyś przyszedł.
- Ksiądz w pewnym momencie wypowie stałą i piękną formułkę: "Jeżeli ktoś ze zgromadzonych zna powód, który uniemożliwi połączenie tej dwójki świętym węzłem małżeńskim, niech powie to teraz albo zamilknie na wieki". Jeżeli nie chcesz, bym wtedy wstał i się odezwał, to nie zapraszaj mnie na swój ślub.
Znowu zapanowała cisza. Potem padły jeszcze jakieś słowa, ale ani ona nie chciała ich wypowiadać, ani on słuchać, więc to, co było dalej, nie miało już większego znaczenia. Jedyne rzeczy, które cokolwiek mogły znaczyć w tej chwili, zostały odsunięte. Nikt się nimi nie przejmował.
E. wrócił do domu później niż zwykle. Postanowił jeszcze wcześniej przejść się po mieście. Miasto usypiało, ale wydawało z siebie cichy gwar rozpromienionych lampami kawiarń i małych sklepików. Niewielkie kałuże, pozostałe po niedawnym deszczu, odbijały w sobie granatowe niebo z wolno posuwającymi się chmurami, które chcąc nie chcąc przyniosą kolejną porcję kapiącej wody. Gdzieś w oddali, za starymi, ponurymi budynkami otaczającymi rynek, nastąpiło nieśmiałe wyładowanie, które rozświetliło tamtą część nieba. Czas wracać do domu i zakończyć dzień, pomyślał E.


5 comments:
Rewelacja =)
Pozdrawiam=*
Czy E. to Ty sam?
malainiesmiala: Dzięki. Również pozdrawiam. :)
Ana Rodriguez: W E. jest trochę mnie. Ale na pewno nie można powiedzieć, że E. to ja sam. :)
jestem pod ogromnym wrażeniem....masz talent;)
Dziękuję. :)
Prześlij komentarz